GRZEGORZ KRÓL
.
– Mama szła 20 kilometrów, żeby zdobyć lek – wspomina Maria Aktyl (na zdjęciu wraz z Marią Nykiel). Obie nie mają wątpliwości – gdyby nie ich mamy, być może nigdy nie wróciłyby do Polski.
Są jednymi z piątki żyjących dębickich Sybiraków, która przeżyła na nieludzkiej ziemi i uczestniczyła w odsłonięciu Pomnika Matki – Sybiraczki na ul. Kolejowej w Dębicy.
Przyszli nocą, tak jak to mieli w zwyczaju
Ona, jej mama Józefa oraz starsi siostra i brat trafili do Kazachstanu. Wcześniej ich mąż i ojciec został wywieziony w głąb sowieckiej Rosji, gdzieś w okolice Archangielska. Przed tymi dramatycznymi wydarzeniami mieszkali w Stanisławowie. Obecnie jest to Iwano-Frankowsk na Ukrainie.
– Dwa tygodnie po aresztowaniu ojca, w nocy jak to było w ich zwyczaju, przyszli enkawudziści i waleniem w drzwi pobudzili nas wszystkich – mówi Maria Aktyl.
Kiedy to wszystko się działo ona miała zaledwie osiem miesięcy, więc z oczywistych względów nie może niczego pamiętać. Wszystko, co dzisiaj wie o losach swojej rodziny dowiedziała się częściowo od mamy, ale przede wszystkim od starszego rodzeństwa.
– Mama nie chciała mówić o tej traumie, mówiła tylko wtedy, kiedy miała lepszy humor – dodaje Maria Aktyl, która dzisiaj pełni funkcję prezesa Koła Sybiraków w Dębicy.
Gdy zjawiali się Rosjanie mama Marii Aktyl nie potrafiła pozbierać najpotrzebniejszych rzeczy. Wszystko przez ogromny stres związany z sytuacją.
– Ale co dała radę, to zwinęła, zabrała ze sobą. To był luty 1940 roku, był straszny mróz – opowiada Maria Aktyl.
Cała czwórka trafiła do bydlęcych wagonów, do których ładowano po trzydzieści, a czasem więcej osób.
– Ja jeszcze nie potrafiłam chodzić, więc mama – tak jak na tym pomniku przy Kolejowej – trzymała mnie na rękach – dodaje.
Po przyjeździe na miejsce mama i starszy brat od razu trafili na roboty do kołchozu. Ona sama znajdowała się pod opieką siostry.
– Dziecko zajmowało się dzieckiem – podkreśla.
Nie było łatwo, bo Kazach, do którego trafili, w środku zimy wyrzucił ich z domu. Trafili do tzw. bani, czyli kazachskiej łaźni. Nie było tam niczego. Brat Marii Aktyl postawił prowizoryczny piec, żeby było czym ogrzewać, a pani Józefa – na ile potrafiła – zagospodarowała pomieszczenie.
– Nie pamiętam, w którym roku, ale mnie i siostrę złapała malaria. Wydawało się, że nie ma dla nas ratunku, groziła nam śmierć. Ale stare Rosjanki, albo Kazaszki, które były bardzo uczynne powiedziały mamie, że gdzieś dwie czy trzy wioski dalej jest ruska lekarka, która ma lek na malarię – opowiada Maria Aktyl.
To wtedy pani Józefa, nie bacząc na aurę ruszyła w poszukiwaniu ratunku dla swoich córek. Szła około dwudziestu kilometrów w jedną stronę, ale się opłaciło. Lek zdobyła, jednak nie za darmo.
– Jedyne, co miała to złota obrączka, czy pierścionek na palcu i to dała w zamian za ten lek. Przecież pieniędzy nie miała żadnych. I wyszliśmy z tej malarii – mówi szefowa dębickich Sybiraków.
Ale na zsyłce ciężko było nie tylko o leki, ale również o pożywienie. Pani Józefa pracowała do późnych godzin nocnych. Kiedy wracała do miejsca zamieszkania jej dzieci były bardzo głodne. Dzieliła się tym, co dostawała, a było tego niewiele.
– Pomimo tej biedy, pomimo tego, że mama nie miała co mi dać do jedzenia, to dzięki niej przeżyłam zsyłkę – nie ma wątpliwości Maria Aktyl.
Pamięta opowieść o tym, jak jednego roku w lecie zakwitł step.
– Mama szła nim i nagle z traw wyfrunął ptak. Wtedy zobaczyła całe gniazdo jaj. Powiedziała: Boże, mam co dać dzieciom zjeść. Przyszła z taką radością do domu i powiedziała do nas: macie, zaraz zrobię wam jedzenie – wspomina Maria Aktyl.
Dzieci mogły liczyć też na to, co dawała natura.
To była prawdziwa bohaterka, jak każda matka każdego Sybiraka
Czasem trafiła się zupa z roślin, które na kazachskich stepach udało się zebrać.
– Choć to nawet nie była zupa, a bardziej napar. Robiła to po to, żeby choć na chwilę nam żołądki napełnić. Jedliśmy czosnek dziki, który ratował nas od szkorbutu. Był w pobliżu las, to matka szła, żeby zebrać jagody, żeby te dziatowiny jakoś ratować. Sama o siebie nie dbała, sama nie zjadła, żeby tylko tym dzieciom coś dać – dodaje Sybiraczka.
Pomimo ciężkiej pracy i walki o każdy kolejny dzień znajdowała chwilę, by spędzić ją ze swoimi pociechami.
– Uczyła nas mówić po polsku. Ja cały dzień ganiałam z ruskimi dziećmi, więc niewiele umiałam po polsku. I modlitw nas uczyła – dodaje Maria Aktyl.
Dla niej jej matka była prawdziwą bohaterką.
– Ja ją podziwiam po dziś dzień. Jak każda z naszych sybirackich matek, była bohaterką. Poprzez tą biedę stała się odporna, wytrzymała. Przecież nie miała obok siebie męża, ona nie była przygotowana do takich warunków, musiała się tego nauczyć – podkreśla.
Podczas zsyłki mama Marii Aktyl nigdy nie chorowała, choć mało jadła i praktycznie wszystko, co zdobyła dawała dzieciom.
– Raz poszła po żniwach w pole i zebrała trochę zboża, które zostało. Złapał ją strażnik i chciał do niej strzelić, ale ulitował się. Przyniosła do domu to ziarno i kamień o kamień tarła, a potem zrobiła nam placuszki. To było wielkie święto – dodaje.
Kiedy wrócili do kraju w maju 1946 roku jej mama, jak wiele innych kobiet, upadła na kolana i ucałowała polską ziemię.
– Jeśli już zdecydowała się powiedzieć cokolwiek o zsyłce, to zawsze powtarzała: byłam w raju, sześć lat w pięknym raju, o którym wolę nie mówić – wspomina Maria Aktyl.
Mimo owrzodzeń musiała sobie radzić
– Ja się urodziłam w styczniu 1945 roku, pod koniec wojny, ale na Syberii zostaliśmy do czerwca 1946 roku – wspomina inna dębicka Sybiraczka Maria Nykiel.
Jej rodzina przed wojną mieszkała w Grodnie (obecnie Białoruś). Ojciec był żołnierzem Wojska Polskiego, mama Zofia zajmowała się domem, miała wtedy pod opieką czwórkę dzieci.
– Rodzice i rodzeństwo wylądowali w Irkucku, na północy. Tam kończyły się tory, więc załadowali ich do sań i cztery dni wieźli w głąb tajgi. Tam była masa obozów, które funkcjonowały od czasów cara. Moja rodzina trafiła do obozu, gdzie było ok. 2500 jeńców, zesłańców – mówi Maria Nykiel.
Miejsce to nie było jakoś bardzo pilnowane, gdyż wiadomo było, że każda próba ucieczki i tak zakończy się śmiercią. Albo kogoś zabiły zwierzęta, albo się zgubił i zamarzł.
– Z zsyłki nic nie pamiętam, jak wróciłam do Polski to miałam dwa latka. Najwięcej dowiadywałam się przy stole wigilijnym, kiedy spotykały się rodziny Sybiraków. Każdy coś opowiadał, wszyscy płakali – wspomina Sybiraczka.
Ona również podkreśla, że jej mama, ale i wszystkie inne matki dzieci zesłanych do byłego Związku Radzieckiego, były bohaterkami XX wieku.
– One były niesamowite. Moja mama była drobniutka, chudziutka. Ale była bardzo operatywną i silną kobietą. Jak trzeba było odebrać poród, to Zofia to robiła. Jak trzeba było opatrzyć ranę, to przychodzili po Zofię. Jak była potrzeba wykonać z łupków zabezpieczenie złamania, to szli do Zofii – mówi o swojej mamie Maria Nykiel.
Pani Zofia znała się również na ziołach, zbierała je i leczyła ludzi w obozie. Oprócz tego musiała ciężko pracować w kołchozie.
– Wracała nocą i musiała zająć się jeszcze dziećmi. Przygotować jedzenie. To było 200 gram chleba i miska jakiejś zupy, w której czasem można było znaleźć ziemniaka. To wszystko musiało wystarczyć dorosłej kobiecie i jej wszystkim dzieciom – mówi Maria Nykiel.
Dzięki mamie jej rodzeństwo i ona sama przeżyli tę gehennę.
– Niech pan sobie wyobrazi, bo ja się urodziłam w styczniu. I rodzi się dziecko, w mrozie: nie ma pieluszki, koszulki, kocyka. Jest za to głód, trochę mchu i jakaś szmatka, żeby podłożyć pod dziecko, i ta kobieta dawała radę. Mama zachorowała, owrzodzenia miała potworne na nogach, takie, że nie mogła chodzić. Ale musiała sobie z tym wszystkim poradzić – podkreśla Maria Nykiel.
Przypomina, że transport z Grodna do Irkucka to nie była krótka przejażdżka. Podróż trwała miesiąc. W tym czasie wiele osób zmarło, a na postojach strażnicy wyciągali ciała i rzucali w śnieg. Zostawały dzieci, którymi opiekowali się inni dorośli, także matki, które pod opieką miały przecież swoje dzieci.
– Jestem bardzo wdzięczna mamie, bo dzięki niej przeżyłam, dzięki niej jestem tutaj. Mamy dbały o język, o polskość, opowiadały o naszym kraju. Pamiętam, jak długo, długo po wojnie opowiadała mi, że Niemen jest taki piękny, taki błękitny, niebo jest takie śliczne. To była jej młodość, to widziała swoimi oczami. Pojechałam do Grodna pierwszy raz, poszłam na most zobaczyć ten błękitny Niemen i to niebo. Woda była koloru ścieku, a niebo było takie jak tu, w Polsce. Ale dla mamy było to piękne – mówi Maria Nykiel.
I właśnie dla Józefy, Zofii oraz dla setek tysięcy matek, które w piekle Sybiru i innych miejsc w ZSRR dbały o to, co było dla nich najważniejsze, odsłonięta została 20 września w Dębicy Ławeczka – Pomnik Matki Sybiraczki. Ich heroizm sprawił, że dzisiaj możemy dowiedzieć się prawdy o Golgocie Wschodu.
Grzegorz Król